Przegląd portali katolickich
Świat w lepszym świetle


Ks. prof. Robert Skrzypczak


„Europa chce zapomnieć o chrześcijańskich korzeniach; tragiczny staje się świat, który odrzuca Boga” – napisało Prezydium Episkopatu Polski w liście z okazji przypadającej w dniu 9 sierpnia 2017 roku 75. rocznicy męczeńskiej śmierci św. Teresy Benedykty od Krzyża - Edyty Stein. Jak ważne jest dla współczesnego świata dziedzictwo Edyty Stein?

Edyta Stein jest perłą, która pojawiła się w naszej kulturze a nawet na styku kultur. Zwłaszcza Wrocław, z którym była związana. W którym się urodziła i w którym później spędziła lata dojrzałe przed wstąpieniem do Karmelu. To jest miasto, w którym łączy się kultura żydowska i kultura chrześcijańska, katolicka. Łączy się kultura polska i kultura niemiecka i Edyta jest tego streszczeniem. Jej osoba rozwija się na skrzyżowaniu kultur. Dlatego jest perłą. Tak cennym nabytkiem. A przede wszystkim jest wielką kobietą – jednym z największych intelektualistów i filozofów XX wieku. A dla nas, chrześcijan, jest kobietą, która pokochała Chrystusa, która go wybrała w odpowiedzi na wybór, którego Chrystus dokonał w jej przypadku, i który doprowadziła do ostatecznej konsekwencji.

Ta rocznica, o której wspominamy jest rocznicą jej męczeńskiej śmierć. Jako karmelitanka z holenderskiego klasztoru Echt została zawieziona z innymi Żydami katolickiego wyznania do obozu oświęcimskiego i zagazowana razem z innymi Żydami. Jej ciało zostało spalone. Osobiście bardzo się cieszę i jestem wdzięczny Konferencji Episkopatu Polski, że zaznaczyła i wskazała na tę datę, okoliczność, specjalnym listem do wiernych. Zwłaszcza, że inne podmioty równie ważne były uśpione i ryzykowały, że prześpią tę rocznicę. W ubiegłym roku obchodziliśmy 75. rocznicę męczeńskiej śmierci innego klejnotu naszego narodu i Kościoła O. Maksymiliana Kolbe. Temu wydarzeniu towarzyszyło wiele cennych inicjatyw. Takich na przykład, jak decyzja parlamentu polskiego o ogłoszeniu roku rokiem Ojca Kolbego. Powstało wiele konferencji, publikacji, książek. Powstał film o Maksymilianie Kolbe, który został nawet zaprezentowany na festiwalu w Cannes. Edyta Stein została zaś na uboczu. Została niezauważona. W ubiegłym roku była setna rocznica obrony jej doktoratu. W tym roku 75. rocznica jej męczeńskiej śmierci. Na pewno Edyta ma wiele do powiedzenia dzisiejszemu pokoleniu, zwłaszcza, że Jan Paweł II ogłosił ją jedną z patronek Europy, a więc nie jest to tylko klejnot lokalny, ale i ogólnoeuropejski.

Jeszcze wcześniej św. Jan Paweł II beatyfikował i kanonizował Edytę Stein. Czy można powiedzieć, ze Jan Paweł II odegrał szczególną rolę w odnalezieniu tego klejnotu?

Zostałem kiedyś poproszony o dokonanie takiej paraleli, porównania między Edytą Stein a Janem Pawłem II. Zadałem sobie wówczas pytanie dlaczego dla Karola Wojtyły Edyta Stein była tak ważna i dlaczego on później już jako papież, następca św. Piotra, dążył bardzo do tego, żeby wydobyć, podkreślić, wskazać wszystkim ludziom świętość jej życia. Wyjaśnię czym jest świętość ludziom, którzy na co dzień nie operują tymi określeniami, bo są to określenia katolickie, religijne. Wydaje się, że w dzisiejszym świecie maksimum, co człowiek może osiągnąć, to profesjonalizm. Być profesjonalnym dziennikarzem, profesjonalnym politykiem, profesjonalnym ekonomistą, księdzem. Wydaje się, że to jest to maksimum, które człowiek może osiągnąć wkładając wielki wysiłek w swój własny rozwój. Natomiast jest coś więcej niż profesjonalizm. Jest coś takiego, jak geniusz i to już łączy się z iskrą bożą. Tego człowiek sam już nie może sobie dać. To może rozwijać i pielęgnować. I to właśnie mamy na myśli, gdy mówimy, że ktoś jest święty. Że jego człowieczeństwo doznało rozwoju ponad miarę. Właśnie dzięki spotkaniu z Chrystusem, interwencji Chrystusa. To, co wydaje mi się ważne, to to, że Jan Paweł II chciał to podkreślić. Dlatego zdecydował się 1 maja 1987 roku w Kolonii, podczas swojej pierwszej wizyty w Niemczech, ogłosić ją błogosławioną, a potem doprowadził jej proces kanonizacyjny do efektu końcowego i tak w 1998 roku została ona ogłoszona świętą, a w rok później została włączona w poczet patronów Europy. Jest bardzo dużo momentów zbieżnych między życiem Edyty a życiem Karola Wojtyły. Myślę, że na przykładzie tych dwóch postaci widać, co to znaczy sprzyjanie sobie, czyli pomaganie sobie wzajemnie, które dokonuje się miedzy świętymi. My to nazywamy świętych obcowaniem. Chociaż często myślimy, że to dotyczy zaświatów albo życia pozagrobowego. Jednak także tu, na ziemi, święci sobie pomagają. To jest jednak miejsce na dłuższy wywód.

Można jeszcze dodać, że św. Edyta Stein była karmelitanką. Karol Wojtyła był zaś szczególnie związany z zakonem karmelitów. 

Podobnych paraleli jest bardzo dużo w tych dwóch biografiach. W tych dwóch liniach życia. Edyta traci ojca w wieku dwóch lat. Karol traci matkę w wieku sześciu lat. Edyta wzrasta w cieniu matki, która ogromnie wymaga od samej siebie. Jest kimś, kto się ofiaruje dla swojej wielkiej rodziny. Miała w końcu jedenaścioro dzieci. Matka Edyty przejmuje tartak po ojcu. Zajmuje się więc też biznesem. Karol Wojtyła wzrasta w cieniu figury ojca. Też wspaniałego, który sam jeden podejmuje się wychowania Karola. Dla niego też decyduje się przenieść z Wadowic do Krakowa, gdzie spędzają ze sobą m.in. pierwsze lata okupacji. Edyta podejmuje studia z filologii niemieckiej. Karol idzie do Krakowa studiować filologię polską. Potem również rozpoczynają swoje studia filozoficzne. Edyta odbywa swój filozoficzny katechumenat, czyli pewną inicjację w dojrzałość. Nie tylko w dojrzałe pojęcia, w dojrzałą wizję świata, ale także rozwija samą siebie z pewną XX- wieczną myślą filozoficzną, która  nazywa się fenomenologią. Jedzie do Getyngi, żeby studiować u Husserla. Wśród uczniów Husserla poznaje takie postacie, jak Max Scheler. Karol Wojtyła będzie potem na Maxie Schelerze przygotowywał habilitację. Dla niego - aby go poznać - nauczy się języka niemieckiego. Podobnie, jak Edyta, która nauczyła się języka hiszpańskiego, żeby poznać w oryginale św. Jana od Krzyża. Karol Wojtyła przygotowuje swój doktorat w Rzymie ze św. Jana od Krzyża. Tych paraleli jest bardzo dużo.

U Karola Wojtyły nie było jednak kryzysu wiary, jaki miał miejsce u Edyty Stein. Przy najmniej nic nam o tym nie wiadomo?

Jeśli chodzi o kryzys, to też istnieje pewne porównanie. Edyta wzrastała w rodzinie o korzeniach judaistycznych, w której judaizm był osłabiony asymilacją, warunkami niemieckiego XIX - wiecznego kapitalizmu. W wieku czternastu lat ogłasza się ateistką i pozostawia swój dom rodzinny. Jedzie do Hamburga do swojej ciotki, żeby szukać prawdy. Jak sama jednak powiedziała, od tego momentu postanowiła, że nigdy więcej nie będzie się modlić. U Karola Wojtyły jest pewien moment szczególnie kryzysowy. To był moment, kiedy w lutym 1942 roku  wracając z robót przymusowych w kamieniołomach do swojego ojca, z którym mieszkał wspólnie w Dębnikach, zajrzał do apteki po lekarstwo dla niego. Gdy wrócił jednak do domu, to zastał ojca martwego. I to był moment, który spowodował - jak mówią jego przyjaciele - największe załamanie, które wystąpiło w całym jego życiu. On wtedy podłamał się. Jemu się załamał grunt pod nogami. Wyrzucał sobie, że nie był przy śmierci żadnej z osób, które go kochały. Ani przy śmierci matki, ani przy śmierci brata. Potem się dowie, że miał siostrzyczkę, która nie przeżyła. Kiedy stracił ojca spada na niego ciężar samotności. To było parę miesięcy niezwykłego dołowania u Karola Wojtyły, z którego jednak wychodzi we wrześniu ze światłem na życie. Z tej wędrówki w głąb, takiej kenozy, załamania się w sobie, wydobywa się jakiś nowy dialog z Bogiem, który potem zaowocuje taką pewnością, co do jego nowej drogi życiowej, że we wrześniu 1942 roku Karol Wojtyła zadzwoni do furty jego Eminencji Kardynała Sapiehy i poprosi o przyjęcie do seminarium. Rozpocznie swoją drogę kapłańską.

Edyta Stein, miesiąc wcześniej zostaje wywleczona przez gestapo z holenderskiego klasztoru w Echt, gdzie wcześniej siostry próbowały ją uchronić przed konsekwencjami nazistowskiej polityki nienawiści wobec Żydów. Edyta jest Żydówką, która nie tylko przyjęła chrzest, ale jest również karmelitanką. W Holandii, wydawało się, że będzie bardziej bezpieczna. Została tam przemycona w noc sylwestrową 1938 roku. Stamtąd zostaje wywleczona wraz ze swoją siostrą i zawieziona do obozu jenieckiego w Westerbork. 6 sierpnia 1942 roku zostaje włożona do wagonu bydlęcego i zawieziona do Auschwitz – Birkenau. Nawet nie przeszła przez ten obóz, ale razem z innymi więźniami zostaje od razu rozebrana do naga, obrabowana ze wszystkiego i idzie oddać życie dla Chrystusa. Modli się za swój naród, z którego wyrosła i za kraj, który dał jej wykształcenie – za Niemcy oraz modli się za pokój na świecie. Tutaj widzimy tę bliskość. Między Auschwitz a Krakowem jest dystans jedynie trzydziestu kilku kilometrów. W tym momencie, w którym Karol Wojtyła przeżywa największe załamanie swojego życia, swoją noc duchową, w odległości kilkudziesięciu kilometrów jest kobieta, która oddaje życie za Chrystusa modląc się za tych ludzi, którzy tam są oraz za Kościół. Miesiąc później zostaje ujawnione powołanie Karola Wojtyły. Rozpoczyna się droga do kapłaństwa, a potem do biskupstwa i do papiestwa. Myślę, że Jan Paweł II czuł jakąś szczególną osobistą wieź i nić wdzięczności wobec tego potężnego świadectwa życia, wiary i oddania swojego życia przez Edytę Stein.

Karol Wojtyła bardzo cenił sobie duchowość karmelitańską. Jako chłopiec uczęszczał w Wadowicach na msze św. do Klasztoru Karmelitów Bosych.

Droga duchowa Karola Wojtyły była związana z silną inspiracją karmelitańską i zafascynowaniem hiszpańskimi mistykami, bo w Wadowicach często chodził na msze do Karmelitów. Tam też wzrastał pod wpływem lokalnego kultu św. Rafała Kalinowskiego, który był tam spowiednikiem. Później ten dzielny karmelita zostanie kanonizowany przez Jana Pawła II. W Krakowie Karol Wojtyła zetknął się również ze środowiskiem pana Jana Tyranowskiego. To był krawiec, a jednocześnie moglibyśmy dzisiaj o nim powiedzieć – świecki charyzmatyk. Miał niesamowitą pasję, którą potrafił zarazić innych ludzi do mistyków. Przekazywał zainteresowanie i zafascynowanie Teresą Wielką, św. Janem od Krzyża, modlitwą i duchowością karmelitańską. Zarażał do tego młodych ludzi wśród których znalazł się właśnie Karol Wojtyła. Stąd właśnie później jego wiodącą linią życia będzie to, co jest obecne u mistyków hiszpańskich – Bóg nade wszystko.

Wróćmy jeszcze do momentu kryzysu wiary u Edyty Stein. W związku z samobójstwami jej dwóch wujów z powodu bankructwa w wieku 14 lat porzuca ona wiarę.

Samobójstwa były częstym zjawiskiem wśród Żydów zasymilowanych, którzy wymieniali wiarę w Boga jedynego na wiarę w jeden pieniądz. Usiłowali szybko się dorobić. Wierzyli w kult złotego cielca nowoczesności. Bardzo często byli składani w ofierze temu Molochowi. Mając wewnątrz pustkę, którą nie mogło nic innego zapełnić, a więc miejsce po Bogu jedynym, którego pozostawiali gdzieś poza marginesem swojego życia, w momentach bankructwa, kryzysu, niepowodzenia nie znajdowali żadnej siły wewnętrznej, żadnego oparcia. Ona wspomina w genialnej książce pt. „Dzieje pewnej rodziny żydowskiej”, do której lektury wszystkich zachęcam, a którą to Edyta napisała w 1933 roku, przed wstąpieniem do klasztoru karmelitanek, a po przyjęciu chrztu w czasie kilkumiesięcznej wizyty w swoim rodzinnym Wrocławiu i po wielu rozmowach z matką, która przekazała jej wiele rzeczy związanych z tradycją rodziny żydowskiej, świętami. Są tam cudowne opisy przeżywanych oczami małej dziewczynki, małego dziecka świąt żydowskich – Pesach, Szawuot, Sukot, Rosz ha-Szana, Jom Kippur. A potem to nagle wszystko kończy się jednym wielkim załamaniem. Ją wcześniej drażniło, że jej starsze rodzeństwo odchodzi od wiary i lekceważy tradycję żydowską. Potem jednak przyszła kolej na nią. Ona chciała przede wszystkim oderwać się od dominującej postaci matki. Ogłosiła swój ateizm i wyjechała do Niemiec. Wyjechała szukać prawdy.

Jej droga do Chrystusa przebiegała etapami. To się nie dokonało nagle. Pierwszym takim ważnym momentem, który ją dotknął, to była śmierć jednego z filozofów, którego poznała studiując w Getyndze – Adolfa Reinacha. Został on wcielony w czasie pierwszej wojny światowej do wojska i poległ. I ona pojechała do jego żony Anny, żeby ją pocieszyć. Myślała, że będzie załamana. Natomiast zamiast pocieszyć Annę, otrzymała od Anny niesamowite świadectwo. Dowiaduje się, że państwo Reinachowie spotkali wcześniej Chrystusa i we wspólnocie ewangelickiej doświadczyli wiary w Zmartwychwstałego. Świadectwo tej kobiety, wdowy, która nosiła w sobie ogromną nadzieję postawiło przed nią wielki znak zapytania. Kolejny etap to jest jej wizyta w domu innej swojej przyjaciółki - Jadwigi Conrad – Martius. Edyta spędziła u niej w domu noc w wielkiej bibliotece, z której wyciągnęła na chybił trafił opasłą, grubą książkę. Okazuje się, że była to autobiografia św. Teresy z Avili. Pochłonęła tę książkę w jedną noc. Gdy ją skończyła, powiedziała: „To jest prawda”. W tym momencie rozpoczęła się niesamowita intryga, która dotknęła jej umysłowość i wrażliwość. Zaintrygowała ją zagadka jaką jest tajemnica krzyża. To później doprowadzi u niej do wzrastającego zainteresowania wiarą. Kupuje sobie mszalik katolicki, Nowy Testament. Kupuje sobie katechizm św. Piusa X. Studiuje to wszystko i przygotowana bardziej niż niejeden doktorant studiów teologicznych zgłasza się do proboszcza, aby zdać egzamin do chrztu. Przyjmuje chrzest w wierze katolickiej i musi się zmierzyć potem z reakcją swojej rodziny, swojej matki. To nie będzie sympatyczne. Jej matka bowiem nie będzie w stanie zrozumieć dlaczego Edyta dokonała takiego wyboru. Dla tamtej kobiety wydawało się, że jej córka zdradziła judaizm. Natomiast, to jest warte podkreślenia: Edyta nie wyparła się judaizmu, żeby przyjąć chrześcijaństwo, bo Edyta nie przeszła z judaizmu na chrześcijaństwo. Edyta wcześniej przeżyła kryzys wiary i doświadczyła ateizmu. Dla niej spotkanie z Chrystusem oznaczało przejście z nowoczesnego, intelektualnego ateizmu do Jezusa Chrystusa. I paradoks, który jest myślę najciekawszy w życiu Edyty Stein - z punktu widzenia dialogu międzyreligijnego – to jest to, co Edyta wielokrotnie podkreślała w książce, o której wspomniałem i w konferencjach, które wygłaszała potem do sióstr w Karmelu w Kolonii, a mianowicie, że to właśnie spotkanie z Chrystusem i światło, które rzuciła na jej życie Ewangelia, pozwoliło jej odzyskać judaizm. Ten judaizm, ta wiara ojców nabrała wówczas dla niej nowego kolorytu, nowych soków – nabrała sensu. Chrystus jest tym Mashiahem. Tym Żydem wybranym przez Boga, namaszczonym, który przychodzi nie po to, aby zanegować judaizm i zbudować coś innego, ale doprowadzić obietnice Boga złożone w samoświadomości Żydów do pełnego rozwoju, do pełnej realizacji. Edyta to znalazła w spotkaniu z tym Żydem z Nazaretu, który – jak mówią – wrócił z cmentarza. I który w jej życiu zrobił tak wiele niezwykłych rzeczy.

Warto wspomnieć, że wśród wielu świętych karmelitów można znaleźć osoby pochodzenia żydowskiego. Niektórzy twierdzą, że zakon karmelitów jest w istocie pierwszym zakonem, gdyż jego duchowe struktury kształtowały się już na Górze Karmel wśród uczniów Eliasza. To, co ma łączyć często jednak dzieli. Koło obozu Auschwitz znajdował się na przykład Klasztor Sióstr Karmelitanek Bosych pw. Świętych Obcowania, który tak bardzo przeszkadzał Żydom, że doprowadzili oni do jego usunięcia. Karmelitanki z tego klasztoru nie robiły zaś nic innego, jak tylko modliły się za dusze wszystkich, którzy zostali zamordowani w niemieckim obozie. Czy Edyta Stein zamiast łączyć Żydów i katolików może nas dzielić, tak jak dzieliła nas kwestia lokalizacji klasztoru karmelitanek?

To jest pewien konflikt wrażliwości, dlatego że Żydzi w swojej tradycji modlitewnej przypisują znaczenie innym priorytetom niż chrześcijanie. Dla nas na przykład bardzo ważny w wyznawaniu wiary jest krzyż. Dla większości Żydów - choć nie wszystkich, bo wielu Żydów wierzy w Chrystusa – a więc tych, którzy pozostali w nurcie judaizmu rabinicznego, krzyż pozostał symbolem skandalu, zgorszenia. Nie są w stanie przyjąć, że Bóg mógł się objawić w miejscu upokorzenia, kaźni. Dlatego też krzyż zetknięty na Żwirowisku już ich drażnił. Tak samo drażniła ich nieustanna modlitwa karmelitanek. Było więc decyzją mądrą Jana Pawła II, że poprosił o przeniesienie tego klasztoru, bo tutaj nie chodzi o to, aby zawłaszczyć teren. Chodzi o to, aby spotkały się te dwie wrażliwości. Z dwóch stron.

Tutaj jednak pojawiały się głosy, że zamiast usuwać klasztor, trzeba było nieopodal klasztoru wybudować synagogę. To wpisywałoby się bowiem w tradycję polskiej gościnności, wrażliwości i tolerancji religijnej.

Jest taki pomysł na budowanie ekumenizmu, czy dialogu religijnego… Sam widziałem to w Holandii czy w Niemczech. On mi się nie podoba. On jest oparty o stereotyp synkretyzmu. To znaczy, że trzeba połączyć różne wyznania na jednym miejscu, żeby każdy mógł się odnieść do swojej tradycji religijnej, do swojej wrażliwości i swojego boga. To jednak najczęściej przypomina targowisko bożków.

Czy rzeczywiście jest tak jednak właśnie w tym przypadku? Jeśli chodzi o Auschwitz, to niektórzy uważają, że usuwając klasztor pozwalamy na judaizację tego miejsca, a  przecież ginęli tam także Polacy i osoby o innej narodowości. Inni jeszcze twierdzą, że usunięcie klasztoru nie oznacza judaizacji Auschwitz, ale oznacza ateizację Golgoty naszych czasów, jak nazywał to miejsce Jan Paweł II. Spór więc dotyczy tego, czy po Auschwitz można jeszcze wierzyć w Boga.

Narodziła się cała tradycja myślenia teologicznego, która jest nazywana teologią po Auschwitz. Przedstawicielami tej teologii są Hans Jonas i inni myśliciele żydowscy, którzy dzisiaj cały czas się zastanawiają nad pytaniem o to, gdzie był Bóg. Jak Bóg mógł dopuścić do takiego zła, jakim był Shoah, Holokaust? Jak zrozumieć, że Bóg pozwolił, żeby w ten sposób został potraktowany naród, który nosi do dzisiaj znamię wybraństwa? Jak mówi przecież św. Paweł wybraństwo Boga jest nieodwołalne. W związku z tym narodziła się religia bez Boga. Religia, która w samym środku ma metafizyczną czy aksjologiczną pustkę, która bardzo często dzisiaj jest ideologią, która niczym spoiwo łączy ze sobą wielu Żydów. Ona jest często związana z politycznym syjonizmem. Z jednej strony to poczucie milczenia czy nieobecności Boga, a z drugiej strony dojmujący brak jego w duszy. Dlatego też z jednej strony Auschwitz jest miejscem pokazującym ranę ludzkości, która pojawiła się w nowoczesnej Europie wśród ludzi, którzy mieli nowoczesną kulturę, technikę, muzykę. Którzy byli gotowi zabijać się aż do wytępienia całego narodu. W tym samym miejscu, jakby w popiele pojawiły się takie perły, jak Maksymilian Kolbe i Edyta Stein. W tym właśnie Auschwitz panuje często milczenie, cisza. Tak jak kochają przeżywać swoje spotkania z sensem czy szukania sensu życia Żydzi, nasi starsi bracia w wierze, tak w tym samym miejscu jest cela śmierci Maksymiliana Kolbe i także jest krematorium, w którym zginęła Edyta Stein i jej młodsza siostra Róża. Chrześcijanie pokazywali tam swoim sposobem życia, że to nie jest piekło. Że do piekła nie należy ostatnie zdanie. Wielu ludzi, którzy poznali w obozie koncentracyjnym księdza Kolbego i którym się wydawało, że już nie ma większej katastrofy niż Auschwitz, po bohaterskim czynie o. Kolbego i oddaniu przez niego życia za Gajowniczka, uwierzyli, że jest nadzieja. Tak samo wiele osób, które wspominały siostrę Edytę Stein z Westerborku czy Auschwitz, mówiło, że to była kobieta, która im dostarczała ogromną porcję odwagi i ufności w tym momencie, gdzie po ludzku wszystko jest już stracone i beznadziejne. To są te światła, które Bóg pozwolił, aby zajaśniały w miejscu największej ciemności. Największej bezradności człowieka i pustki. 

Wydaje mi się, że warto zwrócić uwagę na pewien tragiczny paradoks. Po tym bowiem, gdy biskup Utrechtu otwarcie wystąpił w obronie Żydów, ich los nie tylko nie uległ poprawie, ale Niemcy objęli wówczas prześladowaniami również Żydów będących katolikami, których wcześniej nie ruszali. Stąd właśnie aresztowanie Edyty Stein. Warto jeszcze nadmienić, że Edyta Stein miała możliwość uniknięcia śmierci, ale jednak postanowiła, że nie będzie się ratować, ale pójdzie na śmierć za swój naród.

Mogła się uratować. Znamy jeden z liścików, który Edyta pozostawiła po sobie w Westerborku, gdzie prosiła, aby nie szukać żadnej możliwości ratowania jej. Zwłaszcza nie zgadzała się na taką ewentualność, że zostanie uratowana za poparciem sióstr albo poprzez jakieś inne koneksje, a tymczasem osoby, które zostały wraz z nią aresztowane pójdą na śmierć. Ona wręcz opowiedziała w tym liście, że zgodzenie się dzisiaj, aby pójść wraz z innymi, żeby oddać życie dla Chrystusa jest ostateczną konsekwencją decyzji o przyjęciu chrztu. Tak napisała, bo mocno czuła swój chrzest - to zanurzenie się w losie Mesjasza. To właśnie było skandalem dla jednych, a głupotą dla drugich. Że Bóg zechciał się objawić w miejscu największej tragedii człowieka. Tam, gdzie cierpienie wytrąca człowiekowi jakąkolwiek definicję, jakiekolwiek wytłumaczenie. Gdzie człowiek zatrzymuje się wokół takiego bólu i ciemności, że ma ochotę albo wyć z rozpaczy albo rzucić się jak zwierzę do gardła drugiemu człowiekowi.

Mówiłeś o tej strasznej decyzji Niemców, którzy nie uszanowali porozumień zawartych między Episkopatem Holandii a Niemcami, co do respektowania Żydów, którzy przyjęli wiarę katolicką. Trzeba pamiętać, że nazistowskie Niemcy to był fenomen w ostatniej historii ludzkości, który bez wątpienia należy kojarzyć z pandemonium. To jest objawienie się demona, szatana. Hitler budował swoja Trzecią Rzeszę nie na wierze chrześcijańskiej. On podjął studia dotyczące sięgania do korzeni religii przedchrześcijańskich – germańskich. On kazał studiować okultyzm, gnozę. To było odwołanie się do pangermanizmu o korzeniach jak najbardziej pogańskich. To było pokazanie się szatana, a on uderzy w każdą umowę. We wszystko, co jest logiczne. I będzie robił wszystko, aby do końca zburzyć dzieło Boga, bo dzieło Boga jest zawsze racjonalne, logiczne. Natomiast tutaj wszystko miało być nielogiczne, absurdalne. Zamienione w jedno wielkie cierpienie, z którego nie ma wyjścia. Edyta Stein i Maksymilian Kolbe pokazują zaś, że jedynym wyjściem ze zła, jakim jest grzech, nienawiść i demon jest Jezus Chrystus, który w jakiejś kobiecie i mężczyźnie jest gotowy na nowo przyjąć na siebie to zło i nie puścić go dalej. Zatrzymać na sobie. Poprzez heroiczny akt oddania życia. Tylko miłość potężna, heroiczna jest w stanie zniszczyć dzieło diabła, dzieło szatana. Warto zwrócić uwagę, że Niemcy do dzisiaj mają z tym problem. Słuchałem kiedyś audycji, w której jedna dziennikarka mówiła: „Wy Polacy uczycie się waszej tożsamości narodowej albo religijnej rozmawiając z waszymi rodzicami albo dziadkami. Słuchając ich czujecie dumę. My zostaliśmy tego pozbawieni. Nasi dziadkowie czy nasi rodzice bardzo często milczą, bo nie mogą nam opowiedzieć o tym, w czym uczestniczyli albo czego się dopuścili".

U Niemców widać działanie pewnego mechanizmu. Ponieważ nie mogą czuć dumy z własnych przodków, to rozlewają swoje winy na wszystkich, aby także inni nie mogli czuć dumy ze swojej historii. Widać to chociażby po tym, jak dyskredytuje się katolików, Polaków uprawiając względem nas pedagogikę wstydu. Wiadomo, że Niemcy zesłali do Dachau około 3 tys. zakonników i katolickich, z czego połowę stanowili polscy księża i zakonnicy. Niemcy zamordowali tam 861 polskich kapłanów. Obok tego niemieckiego obozu nada jednak stoi Klasztor Sióstr Karmelitanek Bosych pw. Najświętszej Krwi. Nie było jednak już zgody na to, aby obok Auschwitz działał klasztor karmelitanek. Zresztą pojawiają się nawet żądania ze strony rabina Weissa, aby usunąć z Oświęcimia kościół pw. Matki Bożej Królowej Polski. Dialog więc dialogiem, ale gdy raz usuwamy krzyż, to czy czasem nie zaprzeczamy przez to swojej wierze? Jeżeli jest przecież klasztor, w którym siostry zakonne modlą się za innych ludzi, a my go usuwamy, to nie powinniśmy być zdziwieni, gdy później wysuwane są pod naszym adresem kolejne żądania. Krzyże ze Żwirowiska. Potem domagano się nawet usunięcia Krzyża papieskiego.

Ja mam wrażenie, że cały czas jest pewne nieporozumienie między naszymi starszymi braćmi w wierze a nami, uczniami Jezusa Chrystusa. Ta pomyłka polega na tym, że niektórym Żydom się wydaje, że oni cierpieli z powodu ukrzyżowanego. Że to był jakby odwet albo że to jest jakaś domniemana w głowach katolików kara Boża – wymierzenie im sprawiedliwości. Stąd też niektórzy z nich myślą, że chrześcijaństwo jest powodem antyjudaizmu czy czymś napędzającym antysemityzm. Natomiast Holokaust, cierpienie milionów ludzi, które jest związane z pojawieniem się szaleństwa nazizmu da się to wytłumaczyć tylko jednym, a mianowicie uwolnieniem w XX wieku szatana, demona. Proszę zwrócić uwagę, że do dzisiaj, w Berlinie jest muzeum, gdzie spoczywa tron szatana z Laudycei, o którym wspomina Księga Apokalipsy. Ten tron Niemcy sprowadzili kiedyś do Berlina. Dzisiaj kupuje się bilety, żeby go podziwiać. To jest ołtarz dla bożków, na którym składano ofiary z żywych ludzi. Ja myślę, że Niemców czeka jeszcze wielka liturgia pokutna. Oni potrzebują dojść do takiego momentu, kiedy będą gotowi otworzyć się na przebaczenie Pana Boga, bo Edyta Stein czy Maksymilian Kolbe, a więc dwie wielkie perły, które zajaśniały w Oświęcimiu, tak samo, jak błogosławiony bp Michał Kozal, który zajaśniał w Dachau i także wiele innych świadków wiary w Jezusa Chrystusa, którzy oddali albo ryzykowali życiem przechowując Żydów przez mroki wojny, było znakiem tego, że Jezus Chrystus inspiruje człowieka z jednej strony do wyjścia poza wszelkie normy ludzkiej wytrzymałości jeśli chodzi o miłość, dobro i heroizm, a z drugiej strony, że świat nie poradzi sobie ze złem jeśli nie przyjmie antybiotyku Boga, jakim jest przebaczenie. A przebaczenie objawiło się w Chrystusie. Te kontrowersje związane z krzyżami na Żwirowisku i karmelitankami w Auschwitz to jest więc jedno wielkie nieporozumienie, które domaga się jeszcze światła.

Na pewno domaga się światła, ale dialog ma zawsze granicę i tą granicą powinien być właśnie krzyż Chrystusa. Oczywiście nie można również robić z krzyża  instrumentu politycznego, bo wówczas niszczy się przesłanie krzyża.

Warto wspomnieć o świadectwie wielkiego mistrza kabały, rabina Icchaka Kaduriego z Izraela, który umarł 10 lat temu i zostawił w testamencie imię mesjasza, który został mu objawiony, a którego imię brzmi Yehoshua, czyli Jezus. Świadectwa także innych Żydów ortodoksyjnych, które sam słyszałem, pokazują dochodzenie do spotkania z Chrystusem poprzez badanie pism i poprzez pewną głęboką uczciwość religijną. Oni jednak pozostają w ukryciu, bo boją się konsekwencji przyznania się do Chrystusa. Jest taki piękny filmik na Youtube. Jeżeli ktoś jest ciekawy, to niech wpisze sobie – Kaduri uczniowie. Zobaczy Żyda, który mówi, iż dziękuje rabiemu Kaduriemu, gdyż wskazał mu, że prawdziwym Mesjaszem Boga jest Jezus Chrystus i w związku z tym już się nie boi. Myślę więc, że powoli przedrzemy się przez różne lęki, uprzedzenia, kompleksy ludzkiego pochodzenia.

Nie możemy się jednak wstydzić krzyża. Wręcz odwrotnie – powinniśmy być z niego dumni.

Tak, wszyscy kiedyś, a więc nasi starcia bracia w wierze, Żydzi oraz my z dumą znajdziemy się w pobliżu Jezusa Chrystusa. To będzie oczywiście znak oznaczający paruzję.

Niektórzy twierdzą, że jeżeli dokładnie prześledzi się historię relacji żydowsko – chrześcijańskich na przestrzeni dwóch tysięcy lat pod kątem zbiorowych oraz indywidualnych nawróceń, to okaże się, że obecnie na świecie wśród innych narodów żyje więcej osób pochodzenia żydowskiego, którzy przyjęli Chrystusa niż jest Żydów, którzy tej wiary nie podzielają.

I dla nas katolików cenne są słowa wypowiedziane przez papieża Piusa XII, że wszyscy jesteśmy duchowymi Semitami. Nie jednak poprzez zainteresowanie typu nacjonalistycznego czy politycznego, ale poprzez wielką inspirację wiary. Abraham, Mojżesz, Tora, czy takie święta jak Pascha, Szawuot, Sukot, Rosz ha-Szana, Jom Kippur. Także Jezus Chrystus, apostołowie, Edyta Stein i Maksymilian Kolbe są przykładami działania tego samego Boga - na tej samej linii ciągłości.

Czyli Edyta Stein może stać się dla nas symbolem tego, w którą stronę powinniśmy podążać?

Jest ona prorokiem głębokiej prawdy o człowieku. Jest prorokiem głębokiej prawdy o Bogu, który jest często ignorowany i odrzucany. Dlatego, że wielu z nas nie jest jeszcze gotowych, aby przyjąć tej katechezy, jaką przeżyła i odkryła w sobie ta kobieta z Wrocławia.

W tym roku Towarzystwo im. Edyty Stein we Wrocławiu wręczy po raz pierwszy nagrodę jej imienia osobom, które promują jej dziedzictwo. Biorąc pod uwagę również list Episkopatu wydaje się, że zaczynamy powoli odkrywać tę wielką świętą.

Warto przy okazji zajrzeć, jeśli ktoś jest we Wrocławiu do domu Edyty Stein, bo to jest dom rodziny Steinów. Warto zobaczyć salon, w jakim Edyta jako dziecko się bawiła i gdzie rodzina Steinów świętowała Paschę. Warto zobaczyć schody po których zbiegały albo zjeżdżały dzieci Steinów, a także ogród, w którym Edyta Stein udzielała korepetycji z filozofii. Warto to wszystko zobaczyć.

Nasi partnerzy