Przegląd portali katolickich
Świat w lepszym świetle



Ks. prof. Waldemar Cisło


Wielu Polaków zadaje sobie pytanie, jak mogłoby pomóc uchodźcom. Co może im ksiądz poradzić?

Polacy są z tymi ludźmi w Iraku i Syrii prawie od samego początku. Nie tak dawno gościliśmy siostrę zakonną z Aleppo, która na konferencji prasowej wyraźnie powiedziała, że gdyby nie to, że dostarczano im pomoc od początku wojny, to w takich miastach jak Homes czy Aleppo dziesiątki, jak nie setki ludzi umarłoby z głodu. I to jest m.in. zasługą Polaków, którzy na przykład w drugą niedzielę listopada w kościołach w całej Polsce modlą się i zbierają środki finansowe na tego typu projekty. Podobna sytuacja miała miejsce, kiedy w Mosulu po mimo wcześniejszych obietnic i zapewnień, że chrześcijanie będą mogli tam żyć w spokoju, pewnego piątku zebrano ich wszystkich w meczetach. Kobiety odarto z kosztowności, a mężczyznom odebrano zegarki, portfele i pieniądze. Ten, kto umiał schować kosztowności w butach czy w podszewce lub innym miejscu, temu się udało. Resztę obrabowano i wypędzono. Wtedy to patriarcha Kościoła chaldejskiego Sako napisał do nas z prośbą o pomoc. We wrześniu zorganizowaliśmy więc specjalną zbiórkę w całej Polsce. Także, my, jako Polacy mamy bardzo dużą wrażliwość na to, co się dzieje. Z drugiej strony zależy nam na tym, aby na Bliskim Wschdzie pozostali chrześcijanie. Przypomnijmy, że dzisiaj mówimy o tym, że na Bliskim Wschodzie tylko 4 proc. populacji to chrześcijanie. W Syrii przed wojną było ich 5 proc. W krajach objętych wojną trudno o statystyki, stąd też prośby tamtejszych biskupów i patriarchów, żeby jednak robić wszystko, aby chrześcijanie pozostali tam na miejscu.

Mówił niedawno ksiądz, że w Iraku żyło kiedyś 1,5 miliona chrześcijan, a obecnie jest ich tam ok. 200 tysięcy. Gdzie udała się większość z nich?

Dla Irakijczyków typowym kierunkiem wyyjazdu są Stany Zjednoczone, Nowa Zelandia i Australia. Patriarcha Sako, który jest takim mocnym, silnorękim biskupem, suspendował jednak jedenastu księży, którzy wyjechali ze swoimi wiernymi. Potem  doszło tam do porozumienia.  Ich kierunkiem są więc właśnie tamte kraje. Mniej Europa.

Część z nich wybiera jednak Europę. Wśród osób, które próbują  przedostać się do Europy znajduje się podobno ok. 21 proc. obywateli Syrii i ok. 5 proc. obywateli Iraku. Czy to aktualne dane?

Według ostatnich danych, które pochodzą ze źródeł unijnych, a które podawał w jednym z wywiadów Jacek Saryusz – Wolski, Syryjczycy stanowią tylko 5 proc. Natomiast, Irakijczyków jest jeszcze mniej, bo 3 proc. Ci bowiem, którzy mieli stamtąd wyemigrować już wyemigrowali. Pamiętajmy, że tam wojna rozpoczęła się kilka lat wcześniej.

Te dane cały czas ulegają więc zmianie?

Te dane są różne. Na specjalnie poświęconej temu problemowi konferencji jeden z profesorów z Niemiec, socjolog, podawał, że tak naprawdę nie mamy aktualnych danych. Najwcześniejsze dane do których możemy dotrzeć dotyczą 2015 roku. Także za panem Saryusz – Wolskim i Eurostatem możemy powiedzieć, że 5 proc. to są uchodźcy z Syrii.

Czy Unia Europejska efektywnie pomaga na miejscu?

Myślę, że jest tego za mało i jest to zbyt zinstytucjonalizowane. To są zbyt skostniałe struktury. Kiedy był problem z Turcją, to nagle znalazły się pieniądze. Znalazło się wszystko, żeby pomóc, bo Unia bała się fali uchodźców. Natomiast myślę, że można by to robić  bardziej efektywnie, gdyby wszystkie kraje Unii robiły to razem. Mamy dużo organizacji pomocowych, które chętnie by się w to włączyły. Teraz na przykład z polskim rządem prowadzimy projekty leczenia dzieci i osób starszych. Próbujemy się również włączyć w odbudowę domów, bo to też jest efektywne. Mamy taki projekt odbudowy 680 mieszkań w Aleppo. Czasami te mieszkania wymagają tylko odświeżenia i wstawienia okien i szyb, bo zostały wybite. Czasami zaś jest konieczny większy remont.

Pamiętajmy, że wielu Syryjczyków pozostaje na granicy Syrii i Libanu. Tam według oficjalnych danych jest ich około miliona, a według nieoficjalnych danych około dwóch milionów, a przypomnijmy, że Liban sam liczy około 4,5 miliona mieszkańców. To jest więc tak, jakby do Polski  zjechało nagle około 18 milionów osób. To jest poważny problem, który napawa nas niepokojem. Ceny wynajmu mieszkania są tam bardzo wysokie.

Tamtejsi biskupi proszą nas, abyśmy finansowali wydawanie obiadów, bo tam nie ma jako takich obozów dla uchodźców. Są kuchnie, gdzie  wydaje się żywność. Są poradnie, gdzie można otrzymać leki, bo ci ludzie nie mają pieniędzy i przychodzą po pomoc.

Osoby, które chcą pomagać nie wiedzą jednak, gdzie mogłyby wpłacić pieniądze. Może ksiądz podać odpowiednie miejsca?

Na przykład Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Na naszej stronie internetowej są różne projekty. Czasami ludzie mają wątpliwości i myślą, że mają za mało pieniedzy, żeby komuś pomóc. Podam jednak Państwu kilka przykładów. Otóż proteza dla ośmioletniego dziecka od kolana w dół kosztuje 400 dolarów. Jedni rodzice szukali zaś pomocy, bo musieli zoperować migdały. Koszt takiej operacji wynosił 10 dolarów. Jak widać za te 10 dolarów jesteśmy w stanie pomóc  tamtym ludziom. Dziękujemy wszystkim osobom, które wpłacają. Dużo osób wpłaca indywidualnie. Takim projektem, który był bardzo dobrze przyjęty przez naszych rodaków, był projekt Mleko dla Aleppo, który objął swoim zasięgiem 3 tysiące matek. Przychodzą one raz w miesiącu do punktu, w którym wydawane jest im na cały miesiąc mleko w proszku odpowiednie dla wieku ich dzieci. To je ratuje.

Czy Pomoc Kościołowi w Potrzebie pomaga zarówno chrześcijanom, jak i muzułmanom?

Tak. Jak była ta natężona fala uchodźców z Iraku oraz z Syrii, to nasze siostry i księża, którzy koordynują tą pomoc  - nikomu nie odmawiali. Jeżeli przyjdzie do nas muzułmanka zakuta od stóp do głów z chorym dzieckiem to dostanie pomoc. Jeżeli prosi o żywność, to dostanie żywność. Chcemy oczywiście, żeby Czerwony Półksiężyc, a więc charytatywna organizacja muzułmańska robiła to samo. Powoli, co ciekawe, zdarzały się takie sytuacje. Mówiono nam, że w Aleppo Czerwony Półksiężyc pomagał chrześcijanom. Natomiast, to my musimy dbać o to, aby nasi wierni mieli jedzenie. Takim wielkim projektem był na przykład ośrodek jezuicki, który wydawał kilkanaście tysięcy posiłków dziennie. Czasami to był jedyny posiłek, jaki ci ludzie jedli.

Czy istnieje jakieś remedium na kryzys migracyjny? Czy możemy jakoś zatrzymać ten exodus? Widać przecież wyraźnie, że w ten proceder zaangażowła się mafia, która czerpie z tego zyski. Dochodzi czasami na tym polu nawet do większych tragedii, niż te przed którymi ludzie uciekają ze swoich ojczyzn. Czy da się przeciąć ten węzeł gordyjski?

Organizacje międzynarodowe podawały, że ponad 80 proc. kobiet, które docierają do Europy kanałem libijskim jest gwałconych. Mamy tam do czynienia z handlem niewolnikami, handlem organami i zabijaniem ludzi. Dochodzi tam do wszelkich możliwych przestępstw. Ostatnio przewodniczący Parlamentu Europejskiego powiedział, że jeśli nic nie zrobimy, to będziemy  mieli niedługo do czynienia z  biblijną wędrówką ludów. Już się więc dostrzega, co właściwie tam się dzieje. Widzimy pewną zmianę retoryki we Włoszech. Już jest wypowiedź kard. Parolina, który poparł premiera Włoch, który mówił, że trzeba więcej inwestować w Afryce, żeby tamtych ludzi tam zatrzymać w Afryce, a nie mobilizować ich do ucieczki. Pomysł, aby przy wybrzeżu libijskim pływały statki patrolowe i zawracały ludzi nie doczekał się jednak dotychczas relaizacji. Należałoby również mówić tam na miejscu, kto ma szansę na azyl w Europie, a kto nie.

Podobno mamy obecnie do czynienia z sytuacją wręcz odwrotną. To znaczy statki należące do organizacji hmunanitarnych wyławiają z łódek ludzi już na terenie wód terytorialnych Libii i innych państw afrykańskich i stamtąd przewożą ich do Europy.

Albo statki mafii, które płyną do wybrzeży Libii, aby wziąć tych ludzi stamtąd do Europy i brać pieniądze, które są im wypłacane przez Unię Europejską. Mamy do czynienia z bardzo poważnym procederem. Ostatnio nawet telewizja publiczna podawała przykład obozu, w którym mafia zarobiła miliardy euro na ludzkim nieszczęściu.

Czy możemy coś w tej sprawie zrobić?

To, co właściwie potrzebują od nas ci ludzie, to spokój. Należy wywierać naciski polityczne, aby w Syrii i Iraku zapanował pokój. Jak się jest tam na miejscu, to  słyszy się: "My nie chcemy od was nic. Dajcie nam jedynie żyć w pokoju, jak to było wcześniej możliwe". A ponieważ to my, Europa czy Stany Zjednoczone rozpoczęliśmy tam wojnę, to mamy tego efekt. My ciągle mówimy o uchodźcach, a więc o skutkach, ale nie o przyczynach.

Czy powinniśmy wymagać od Niemiec, przez które tak naprawdę rozpoczęła się ta fala uchodźców i imigrantów, która płynie do Europy, że wreszcie się zreflektują i wezmą odpowiedzialność za własne słowa i czyny? Że powiedzą, iż  nie ma już miejsca, aby wszystkim pomóc? W końcu przez to, że wciąż nie ma tego sygnału z Niemiec, nadal kolejne osoby ryzykują  i tracą swoje życie w drodze do Europy.

Ten nie robi błędów, kto nic nie robi. Pani Merkel też mogła popełnić błąd. Chociażby wczoraj widzieliśmy w telewizji, że te mafie, które przemycają tych biednych ludzi, wcześniej pokazują im, że będą przepływali przez morze wspaniałymi jachtami. Mówią im, że w Europie czekają na nich miasta gotowe na ich przyjęcie i dostaną tam domy, samochodt, itd. Jak wiemy,  jest to wierutne kłamstwo. Natomiast, trzeba by powiedzieć to tym ludziom już na miejscu. Wykupić w afrykańskich mediach ogromną kampanię reklamową, w której pokazano by, jak to naprawdę wygląda. Po drugie musimy ograniczać wypuszczanie tych ludzi w pontonach na pełne morze, bo to jest skazywanie ich na pewną śmierć. I po trzecie, powinno się przed Libią stworzyć  obóz, gdzie byśmy powiedzieli, że Erytrejczycy mają prawo i szansę dostać azyl w Europie, ale przykładowo Nigeryjczycy już nie. Żeby być uczciwym wobec tych ludzi.

Komu może rzeczywiście zależeć na przedsięwzięciu takich środków? Czy będzie na tym zależało europejskim elitom, które poprzez to, że w ich społeczeństwach jest niski wskaźnik demograficzny, chcą zapełniać je imigrantami? Czy też będzie na tym zależało państwom muzułmańskim, które mogą widzieć w fali migracji napływającej do  Europy sposobność na jej skolonizowanie?

Myślę, że jeden i drugi czynnik jest wart przyjrzenia się. Przecież Niemcy w latach 70. miały wielką akcję ściągania do siebie Kurdów. Potem ściągnieto do siebie z Kazachstanu któreś tam pokolenie Niemców. Pamiętamy również wielką akcję ściągania 12 tysięcy informatyków z Indii. Teraz doradcy mówią, że  pani Merkel chodziło o dostarczenie na niemiecki rynek  800 tysięcy par rąk do pracy. To chyba jednak nie za bardzo im wyszło. Nie wszystko poszło tak, jakby tego chcieli. Jeśli chodzi o drugą koncepcję, to widzimy, że wywierana jest bardzo silna presja na te państwa, w których Kościół katolicki jest silny, a więc na Słowację, Polskę, Węgry (ze względów historycznych w Czechach nie ma silnego Kościoła katolickiego). Ta presja wywierana jest m.in. ze strony Rothschildów i Sorosa. Przy okazji fali tej migracji chce się rozmyć silny Kościół, który stanowi dla nich problem. Niektóre elity są nawet za to w stanie oddać swoje życie. Bo przecież, jak popatrzymy na radykalny islam, to zobaczymy, że on nie toleruje żadnych dewiacji, małżeństw jednopłciowych. Ci ludzie ściągają więc dla siebie katów.

Czyli mamy do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem. Elity zachodnie nie chcąc bowiem zmieniać swojego stylu życia, polegającego m.in. na modelu małej rodziny, z jednym, maksymalnie z dwójką dzieci, ściągają do siebie muzułmanów, których rodziny są zazwyczaj wielodzietne. Jednocześnie jednak muzułmanie nie akceptują stylu życia tych elit i dążą do jego zmiany.

Dokładnie tak. Pamiętam, jak papież powiedział w Parlamencie Europejskim o Europie, która się zestarzała i zaufała tylko swoim materialnym dobrom, że stała się starą kobietą, która już nie może rodzić i nie wie, co dalej ze sobą czynić.

Czy Polska ma szansę zmienić postrzeganie rzeczywistości przez Europejczyków? W końcu św. Jan Paweł II chciał, abyśmy weszli do Unii Europejskiej, aby wzbogacić Europę obecnymi w naszym narodzie chrześcijańskimi wartościami. Tymczasem,  wielu Polaków jest obecnie nastawionych sceptycznie w stosunku do Unii Europejskiej i nie wróży jej świetlanej przyszłości. Czy istnieje jeszcze szansa na to, że Polakom uda się uzdrowić europejskie struktury, w których obecnie funkcjonujemy?

Może to, co powiem nie będzie popularne, ale myślę, że Europa musi zreflektować swój pogląd. Albo Europa będzie chrześcijańska albo jej nie będzie.  Nie mamy innego wyjścia. Ci, którym się chrześcijaństwo nie podoba i mają alergię na chrześcijaństwo, muszą to zrozumieć. Na polu wartości rzeczywistość nie znosi próżni. Jeżeli zniszczy się chrześcijaństwo, to jego miejsce zajmie radykalny islam. Ma to zresztą już miejsce w Niemczech czy w innych zachodnich państwach.

Kościoły zamieniane są na meczety.

Dokładnie. Pamiętam proces we Włoszech, kiedy matka muzułmanka zaskarżyła do sądu szkołę za to, że w klasie, w której uczyło się jej dwoje dzieci był krzyż. To są więc problemy, które potem będą się pojawiały w życiu codziennym.

Muzułmanie postulowali nawet, aby w Szwajcarii usunąć z jej flagi krzyż.

Tak. Bogate kraje Zatoki Perskiej, które kupiły hiszpańskie kluby doprowadziły zaś do tego, że musiały one zmienić swoje logo, bo był na nich krzyż. Widzimy więc, jak to szybko postępuje i jak pieniądz bierze górę nad wartościami.


Wywiad z ks. prof. Waldemarem Cisło ukazał się w programie "Dziedziniec wiernych".

Nasi partnerzy