Przegląd portali katolickich
Świat w lepszym świetle


W jaki sposób najgodniej przyjmować Komunię Św.? Czy nowinki które docierają do nas z zachodu mają uzasadnienie historyczne i teologiczne? Poniżej prezentujemy fragment książki Łukasza Kubiaka pt. „Msza Święta w pytaniach i odpowiedziach”.

 

Czy przyjmować Komunię świętą do ręki?

Sposób przyjmowania Komunii jest ostatnio kwestią żywo dyskutowaną, a to za sprawą umożliwienia przez Episkopat Polski komunikowania „na rękę”. W starożytności znajdujemy mnóstwo świadectw podobnej praktyki, świadectw pochodzących ze wszystkich stron ówczesnego chrześcijańskiego świata, z ust najwybitniejszych jego przedstawicieli. Można tu wymienić: Klemensa Aleksandryjskiego, Tertuliana, Cypriana, Korneliusza, Efrema Syryjczyka, Cyryla Jerozolimskiego/Jana II Jerozolimskiego, Bazylego Wielkiego, Grzegorza z Nazjanzu, Ambrożego, Jana Chryzostoma, Augustyna, Piotra Chryzologa, Teodoreta z Cyru, Cezarego z Arles, Kasjodora, Jana z Damaszku, Bedę Czcigodnego. Jednym z najszerzej cytowanych i najbardziej reprezentatywnych jest fragment katechezy mistagogicznej (tzn. wprowadzającej w misterium) św. Cyryla (lub jego następcy Jana II – kwestia autorstwa jest nierozstrzygnięta). Czytamy w nim: Przystępując do ołtarza nie wyciągaj gładko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw lewą dłoń pod prawą niby tron, gdyż masz przyjąć króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz „Amen”. Uświęć też ostrożnie swoje oczy przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem, bacząc, byś zeń nic nie uronił. To bowiem, co spadło na ziemię, byłoby jakby utratą części twych członków. Bo czy nie niósłbyś złotych ziarenek z największą uwagą, by ci żadne nie zginęło i byś nie poniósł szkody? Tym bardziej zatem winieneś uważać, żebyś nawet okruszyny nie zgubił z tego, co jest o wiele droższe od złota i innych szlachetnych kamieni. Analizując bliżej pouczenie Cyrylowe (Janowe) zauważymy, że starożytna praktyka nieco się różniła od tej lansowanej współcześnie. Pasterz Jerozolimy nakazuje, by Ciało Pańskie przyjmować na prawą rękę, uświęcić Nim zmysły i dopiero potem spożyć. Dokonywało się to zapewne przez głęboki pokłon, bez użycia palców, samymi ustami. Są przynajmniej dwie racje takiego przypuszczenia: pierwsza taka, że w starożytności lewej ręki nigdy nie używano do czynności związanych z kultem, była ona bowiem uważana za nieczystą; druga to liczne świadectwa całowania ciała Pańskiego tuż przed jego przyjęciem, co porównywano często do lizania Chrystusowych ran. A zatem podczas starożytnej liturgii nikt poza kapłanem nie wkładał palcami Ciała Pańskiego do ust, ręce służyły raczej za formę naczynia, pateny, z której komunię przyjmowano. Choć w starożytności Najświętszy Sakrament powierzano świeckim znacznie częściej niż obecnie – niektórzy chrześcijanie przechowywali Go w swoich domach lub zabierali w podróż – żywa była świadomość realnej Obecności. Gdyby zapytać, jaki cel przyświecał św. Cyrylowi (Janowi) by napisać powyższy fragment katechezy, nie byłoby nadinterpretacją zacytować jego słowa: „bacz, byś nic nie uronił (...) nie zgubił z tego, co jest o wiele droższe od złota i innych szlachetnych kamieni”. Starożytni doskonale zdawali sobie sprawę, że pokarm, który przyjmują, to sam Chrystus, dlatego zabiegali o formację duchową, ale również o właściwą postawę zewnętrzną. Stąd dokładne mycie rąk przed Eucharystią czy przygotowywanie specjalnych płóciennych chust, które kobiety, a później także mężczyźni, kładli na dłonie przed przyjęciem Ciała Pańskiego. Choć te „ulepszenia” były żywo dyskutowane i różnie oceniane – na przykład Cezary z Arles gorąco je popiera, uważając za wyraz duchowej dojrzałości, a synod konstantynopolitański (691-692) zdecydowanie ich zakazuje – to są one świadectwem wzrastają- cej troski o najmniejszy nawet okruch Świętych Postaci. Warto tu jeszcze wspomnieć panującą wtedy surową dyscyplinę liturgiczną. Żaden człowiek nieochrzczony, nawet katechumen (osoba przygotowywana do chrztu), żaden pokutnik nie miał dostępu do Ciała Pańskiego – po prostu wypraszano ich, gdy kończyła się liturgia słowa. Dlatego do niedawna liturgia Ofi ary nazywana była mszą wiernych – na tej części celebracji mogły bowiem przebywać wyłącznie osoby pozostające w pełnej jedności z Kościołem. Dosyć starannie kontrolowano zatem, kto przystępuje do stołu Pańskiego. Coraz silniejsza świadomość wielkiego misterium, troska o odpowiedni dla niego szacunek, była wreszcie powodem pojawienia się nowej praktyki przyjmowania Komunii świętej – bezpośrednio do ust. Przyspieszył ją jeszcze napływ ludów barbarzyńskich, wśród których wyczucie sacrum oraz przygotowanie liturgiczne pozostawiały wiele do życzenia. Komunia do ust miała więc zabezpieczać przed możliwymi nadużyciami z ich strony. Ostatecznie w całym świcie chrześcijańskim, zaczęła ona obowiązywać około X w. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach 60. ubiegłego stulecia, kiedy to w Holandii, a później w wielu innych krajach zachodnioeuropejskich, powrócono do Komunii na rękę. Robiono to oddolnie, wbrew przepisom liturgicznym, w nieposłuszeństwie wobec kościelnego prawa. W 1969 r., w instrukcji Memoriale Domini, warunkowo, w drodze wyjątku, Stolica Apostolska zezwoliła jednak na innowację. Chodziło o to, by nie wprowadzać zamieszania tam, gdzie przez nieposłuszeństwo stała się ona czymś powszechnym. Rzym, stojąc przed faktem dokonanym, wolał ją zaakceptować, niż pozostawiać wielu katolików w konflikcie sumienia i sprzeczności z obowiązującym prawem. W tym samym dokumencie wyrażono jednak bardzo duży dystans do nowej praktyki, wskazując, że może być ona okazją do profanacji, nieposzanowania czy wręcz zafałszowania największego skarbu Kościoła, jakim jest Eucharystia. Ustalono również, że w miejscach, gdzie komunikuje się bezpośrednio do ust, zwyczaj ten należy zachować. Dużą rezerwę wobec komunii udzielanej na rękę wyraził również Jan Paweł II w Liście Apostolskim Dominicae Caenae: Praktykę taką [Komunii świętej na rękę] postulowały poszczególne Konferencje Episkopatów i na ich wniosek zyskała ona zatwierdzenie Stolicy Apostolskiej. Dały się jednak słyszeć głosy o rażących wypadkach nieposzanowania Najświętszych Postaci, co bardzo obciąża nie tylko osoby bezpośrednio winne takiego postępowania, ale również Pasterzy Kościoła, którzy jakby mniej czuwali nad zachowaniem się wiernych względem Eucharystii. Warto dodać, że Kościół nigdy nie wydał dokumentu, w którym pochwalałby komunikowanie na rękę, wręcz przeciwnie, zawsze preferował dotychczasowy zwyczaj. Wprowadzanie nowego sposobu udzielania Komunii nie może być więc w żadnym razie motywowane przystosowaniem do ogólnokościelnej praktyki. Wszelkie reformy liturgiczne mają sens wtedy, gdy wnoszą jakieś dobro, pomagają pełniej przeżyć sprawowane misterium, gdy pozwalają więcej zyskać, niż stracić. Rozważając problem Komunii świętej na rękę, dobrze jest o tej zdroworozsądkowej przesłance pamiętać. Komunikowanie na rękę nie jest grzeszne samo w sobie. To jednak trochę za mało. Jeśli je wprowadzać, to po to, by ubogacić, dać coś, co wcześniej było nieosiągalne, dać tak, by jednocześnie nie zabrać znacznie więcej. Chybionym jest tu niewątpliwie argument ze starożytności, z powrotu do „źródeł”– i to nawet nie dlatego, że pierwsi chrześcijanie nieco inaczej komunikowali „z ręki”, ale z tej prostej przyczyny, że nie wszystko, co starożytne, tylko dlatego, że starożytne, musi być lepsze. Dobitnie pisał o tym Pius XII w encyklice Mediator Dei: Jest zapewne rzeczą mądrą i godną pochwały powracać myślą i sercem do źródeł liturgii świętej. Badanie bowiem przeszłości niemało przyczynia się do głębszego i dokładniejszego poznania znaczenia świąt i treści używanych formuł i świętych ceremonii. Natomiast nie jest rzeczą ani mądrą, ani godną pochwały wszystko i w każdy sposób cofać do starożytności. (...) Żaden z rozumnych katolików, w zamiarze powrotu do starych formuł uchwalonych przez dawne Sobory, nie może odrzucić orzeczeń, które Kościół pod natchnieniem i kierownictwem Ducha Świętego bardzo pożytecznie określił w nowych czasach i których trzymać się nakazał. Podobnie żaden rozumny katolik nie może odrzucać obowiązujących dzisiaj przepisów, by powrócić do spraw wywodzących się ze starożytnych źródeł Prawa Kanonicznego. Tak samo rzecz ma się z liturgią. Kto chce powrócić do starodawnych obrzędów i zwyczajów i odrzucać nowe, które z Opatrznościowego zrządzenia Bożego ze względu na zmienione warunki zostały wprowadzone, ten widocznie kieruje się nieroztropnym i niewłaściwym zapałem. A zatem, że posłużę się użytym przez papieża sformułowaniem, żaden z „rozumnych katolików” nie może jako jedynego argumentu za wprowadzeniem jakiejś praktyki wskazywać na jej starożytny rodowód, gdyż Kościół współczesny jest tak samo Kościołem jak ten sprzed wieków. Doprawdy to, co działo się w Kościele między VIII a XX stuleciem, nie jest okresem ciemności, błędu, czy nieustannego regresu – i wtedy Duch Święty Nim kierował. Znacznie poważniej brzmi racja tzw. dojrzałości przyjmującego. Wydaje się bowiem, że osoba, którą karmi się Ciałem Pańskim, tak jak to się dzieje w Komunii do ust, traktowana jest niczym dziecko, mało tego, ktoś nieczysty, niegodny, by dotykać Świętych Postaci. A przecież Chrystus powiedział „bierzcie i jedzcie”. Czyż Komunia na rękę nie jest doskonałą ikoną tego nakazu? Czyż nie jest ona drogą do dojrzalszego przeżywania jedności z Panem, w której to ja biorę i ja jem? Czyż Chrystus, którego trzymam w ręce, nie staje się dla mnie bliższy, bardziej dotykalny, bardziej „mój”? Odpowiedź na te pytania jest nieco trudna, przede wszystkim dlatego, że wymaga odpowiedniego rozstawienia akcentów, „słuchu absolutnego”, jakby powiedział o. Jan Góra, wychwycenia fałszywych „ćwierćnutek”. Któż będzie w tym bardziej pomocny niż kardynał J. Ratzinger, obecnie Benedykt XVI: To właśnie dlatego do istotnej formy sakramentu należy i to, że jest on przyjmowany, a nikt nie może go dać sam sobie. Nikt nie może sam siebie ochrzcić, udzielić sobie święceń kapłańskich, siebie samego rozgrzeszyć. Z tej struktury spotkania wynika to, że doskonała skrucha ze swej natury nie może pozostać wewnętrzna, lecz wymaga tej formy spotkania, którą jest sakrament. Dlatego dopuszczanie do tego, by Eucharystia krążyła między ludźmi, lub żeby ją brać samemu, nie jest tylko przekroczeniem przepisów kościelnych, ale również zamachem na najgłębszą strukturę sakramentu. To, że w wypadku tego jednego sakramentu kapłan ma prawo udzielić sobie samemu świętego daru, wynika z mysterium tremendum, z którym zostaje on skonfrontowany w Eucharystii: misterium działania in persona Christi, polegające na tym, że kapłan zastępuje Chrystusa, będąc równocześnie grzesznym człowiekiem, który żyje całkowicie z otrzymywania Jego daru. Choć kardynał Ratzinger piętnuje tutaj komunikowanie bez jakiegokolwiek udziału kapłana, nie zaś Komunię na rękę, niemniej przypomina kilka ważnych prawd przydatnych również w naszych rozważaniach. Dojrzałość chrześcijańska nie polega na tym, że to ja udzielam sobie sakramentu, to ja biorę, to ja spożywam. Przede wszystkim otrzymuję – chrześcijanie nie wzięli sobie Boga, to Bóg dał im się w darze. Dojrzałość chrześcijańska przejawia się najpierw w tym, że potrafi ę przyjąć, uznać potrzebę łaski, uznać że jestem biedny i w gruncie rzeczy bezradny. Dojrzałość chrześcijańska przejawia się w oczekiwaniu, świętej bierności, milczeniu, pokorze niedziałania. Tylko taka dojrzałość otwiera na zbawcze actio Boga. Chrystusowy nakaz z wieczernika, tak w języku łacińskim, greckim, jak i aramejskim, niesie pewną dwuznaczność, dwuznaczność, jak myślę zamierzoną, której po polsku, niestety, oddać się nie da. Można go bowiem tłumaczyć zarazem jako „przyjmijcie i jedzcie”, jak i „bierzcie i jedzcie”. Po pierwsze „przyjmijcie” – bo Chrystus jest dla nas darem, po drugie „bierzcie” – bo trzeba się na Niego zgodzić. O ile w Komunii do ust nacisk położony jest na przyjmowanie, na pewną bierność ze strony komunikującego (Chrystus jest darem!), nie zapoznając jednak brania (czyż przeciskanie się w tłumie wiernych, a nawet samo podejście do ołtarza nie jest jego formą?), o tyle Komunia na rękę uwydatnia branie. Mimo że komunikant kładzie na dłoń kapłan, to komunikujący sam siebie karmi, sam udziela sobie Chrystusa. I choć obie formy zachowują zasadniczą strukturę: branie – przyjmowanie, w Komunii do ust wspomniane już akcenty wydają się być jednak lepiej rozstawione. Warto dodać, że branie – przyjmowanie jest tu ujednocześnione, ściśle się ze sobą zazębia, na podobieństwo dwóch stron monety, stanowi jeden akt. Zupełnie jak w Chrystusowym: „przyjmijcie – bierzcie”. Trudno nie zgodzić się z twierdzeniem zawartym w ostatnim z argumentów – Chrystus trzymany w dłoni, w dłoni adorowany, rzeczywiście może się stać dla wierzącego kimś bliższym, przemieniającym, „moim”. Problem tylko w tym, że podczas Komunii świętej na taką adorację „w dłoni” nie ma czasu, Święte postacie winny być spożyte w obecności kapłana. Znacznie lepszą ku temu okazją wydaje się być trwanie w Jego obecności podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu albo zwyczajnie przed tabernakulum. Taka adoracja chroni zarazem od pewnej przesady właściwej czasom współczesnym, ów „mój Chrystus” nie jest bowiem moim osobistym Panem Jezusem, moim Panem Jezusem na własność. Chrystus jest mój jako mój Pan, to nie ja Go trzymam, ale On trzyma mnie. To nie On jest moją własnością, ale to ja należę do Niego. Niezwykle osobiście pisze o adoracji Jan Paweł II w encyklice Ecclesia de Eucharistia: Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13, 25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca. Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim „sztuką modlitwy”, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Przyjmowanie eucharystycznych postaci na dłoń łączy się jeszcze z niebagatelnym problemem, będącym jednym z podstawowych argumentów przeciw tej praktyce. Każdy kapłan wie, że po udzieleniu komunii małe okruchy świętych postaci pozostają często na palcach, dlatego, jeśli zachodzi taka potrzeba, dokładnie je puryfikuje (myje). Gdy to samo, po udzielonej Komunii świętej na rękę, przydarzy się wiernemu, nie będzie miał takiej możliwości, a czasem nie zauważy nawet takiej potrzeby. Po co narażać Najświętszy Sakrament na profanację, choćby tę spowodowaną ludzką nieuwagą? Przecież w każdej kruszynie postaci chleba ukryty jest cały Chrystus, z Jego człowieczeństwem, Bóstwem, duszą i ciałem! Łatwo ten problem wyśmiać, „pozostawić Panu Bogu”, przypomnieć sobie o aniołach rzekłszy: „oni pozbierają okruchy”, albo zarzucić skrupulanctwo. Pytanie tylko, czy nie jest to beztroska, nieodpowiedzialność, cynizm i zwyczajna głupota wobec Daru Największego. Czy ktokolwiek „ze świata” uwierzy jeszcze, że katolicy wyznają realną obecność w każdym najmniejszym kawałku postaci chleba, w każdej kropli postaci wina? Czy my sami będziemy w to jeszcze wierzyć? Jak uczy doświadczenie krajów Europy Zachodniej, Komunia na rękę stanowi również pewne ułatwienie dla osób chcących wykraść Najświętszy Sakrament – dla żartu, zabawy, zabobonnych praktyk, czy ze zwykłej złośliwości. Komunikowanie na rękę nie łączy się przecież obecnie ze ścisłą kontrolą uczestniczących w świętych obrzędach tak, jak to było w starożytności. Każdy może wejść do kościoła, każdy może przystąpić do Stołu Pańskiego. Oczywiście – profanacja jest również możliwa przy starym sposobie udzielania komunii, możliwa, ale trudniejsza. I znowu – po co ułatwiać? Nigdy do końca nie uda się ustrzec Chrystusa w Najświętszym Sakramencie od zbezczeszczenia. Stając się chlebem, uniżył się tak, że można go potraktować jak rzecz, jak przedmiot. Jakże często On – Dar darów – poniewierany jest w ludzkim sercu! A jednak nie przestaje się dawać, nie zamyka się za pancernymi drzwiami tabernakulum, wciąż chce się z człowiekiem spotkać. Nie jesteśmy w stanie całkowicie zapobiec poniewieraniu Chrystusem, to Jego wybór. Nie znaczy to jednak, że mamy w tym pomagać, nie znaczy to, że możemy pozostać obojętni.

 

Łukasz Kubiak, Msza święta w pytaniach i odpowiedziach, Fronda/Apostolicum, Warszawa-Ząbki 2006, książka do nabycia na stronie Wydawnictwa Fronda: https://wydawnictwofronda.pl/ksiazki/msza-swieta-w-pytaniach-i-odpowiedziach

Nasi partnerzy